Powtarzam ci: nie potrzebuję tego dziecka! Chcesz problemów? Ródź, ale do mnie nie miej żadnych pretensji! Andriej krzyczał na Tanię, z wściekłością wykrzykując te okrutne słowa, a ona patrzyła na niego i nie mogła uwierzyć, że mówi to on, jej ukochany Andriusza, człowiek, do którego przylgnęła całą duszą, któremu zaufała bez reszty…

Tania i Andriej poznali się, kiedy ona razem ze swoją przyjaciółką Inną wracała późnym wieczorem z kawiarni, gdzie świętowały urodziny koleżanki.

Inna nie obliczyła dobrze ilości wypitego wina, dlatego do taksówki zdołała dotrzeć tylko z pomocą Tani, która w ogóle nie uznawała alkoholu.

Taksówkarz okazał się wesołym chłopakiem, pomógł Tatianie włożyć przyjaciółkę do samochodu, a nawet odprowadzić ją aż do mieszkania i przekazać rodzicom.

A potem się poznali.

Andriej, bo właśnie tak miał na imię taksówkarz, był nastawiony bardzo zdecydowanie.

Następnego dnia zadzwonił do Tani i zaprosił ją na randkę.

Potem na kolejną i jeszcze kolejną…

Już po tygodniu zaczął namawiać dziewczynę, żeby zamieszkali razem, w jej mieszkaniu, które odziedziczyła po babci.

Mieszkanie było jednopokojowe, z kiepskim remontem, ale za to osobne i własne.

Tania miała wątpliwości, bo w wieku dwudziestu lat jeszcze nigdy nie spotykała się z mężczyzną tak poważnie.

Dziewczyna nie wyróżniała się szczególną urodą, była cicha i bardzo skromna.

Kiedyś jeden przystojny chłopak zaproponował jej związek, ale po kilku dniach Inna przeciągnęła go do siebie.

Tania przepłakała dwa dni, a potem uznała, że nie była go godna, uspokoiła się i nawet wybaczyła przyjaciółce.

Ale Inna nie czuła się szczególnie winna, uważała, że przystojni chłopcy powinni zabiegać o piękne dziewczyny, takie jak ona.

Andriej codziennie namawiał Tanię, żeby pozwoliła mu u siebie zamieszkać, a nawet obiecał, że wkrótce złoży wniosek w urzędzie stanu cywilnego.

Prosił tylko, żeby trochę poczekała, aż zarobi pieniądze na wesele.

Tania mu uwierzyła i zgodziła się.

Mamie nic nie powiedziała, bo wiedziała, że ta tego nie zaakceptuje.

Rodzice mieszkali w osiedlu, w innym rejonie, prawie nie przyjeżdżali do córki, cały czas byli zajęci gospodarstwem, a i ze zdrowiem nie było u nich najlepiej.

Dlatego dziewczyna nie bała się, że dowiedzą się o Andrieju.

Na początku wszystko było wspaniale.

Tania biegła z pracy do domu jak na skrzydłach, starała się przygotować coś niezwykłego, zaskoczyć ukochanego i pokazać mu, że jest lepsza od wszystkich piękności.

Andriej był zadowolony, ceniono go, wynoszono pod niebiosa, a do tego zrozumiał, że został pierwszym mężczyzną Tani, co bardzo połechtało jego męską dumę.

A poza tym nikt nie wymagał od niego pieniędzy, bo Tania myślała, że cały swój zarobek odkłada na wesele.

Wszystko skończyło się pewnego zimowego wieczoru, kiedy Tania, nieśmiało się uśmiechając, powiedziała Andriejowi, że spodziewa się jego dziecka.

I nagle usłyszała coś strasznego:

„Zrób aborcję!”

Dlaczego, skoro chciała tego maleństwa?

Przecież miało być ich pierworodnym, najmądrzejszym, najpiękniejszym i najbardziej ukochanym dzieckiem.

Chcesz, żebym po pracy słuchał krzyków i wąchał brudne pieluchy?

Chłopak był oburzony.

A kto będzie mi gotował, jeśli ty będziesz zajęta dzieckiem?

I skąd weźmiesz pieniądze na życie, skoro pójdziesz na urlop macierzyński?

Na moje nawet nie licz, nie haruję w pracy po to.

Tania słuchała, zamarła z przerażenia.

Gdzie podział się ten czuły i delikatny Andriusza?

Jak mógł w jednej chwili zmienić się w takiego potwora?

Zebrała wszystkie siły i odpowiedziała tak stanowczo, jak tylko potrafiła, że dziecka nie zabije, za nic na świecie.

Wtedy Andriej zaczął krzyczeć, że nigdy nie uzna go za swoje.

Potem zebrał swoje rzeczy i wyszedł.

Tej nocy Tania dostała gorączki.

Chorowała ponad tydzień.

A kiedy wyzdrowiała, wzięła się w garść i postanowiła myśleć tylko o dziecku, bo najważniejsze było, żeby urodziło się zdrowe.

Dziewczyna poweselała, pojawił się w jej życiu sens.

Minęło osiem miesięcy.

Tania była już na urlopie macierzyńskim, kiedy spotkała Andrieja przy wejściu do swojej klatki.

Młody mężczyzna trzymał w rękach kwiaty i torbę z owocami.

Cześć, przywitał się chłopak jakoś zbyt wesoło.
Przyniosłem ci tu coś smacznego.

Sama pewnie nie możesz kupić, pieniędzy brakuje?

Nic się nie stało, radzę sobie, odpowiedziała cicho Tania.

Ucieszyła się na widok Andrieja i była nawet gotowa mu wybaczyć.

Może się opamiętał i teraz będą żyć jak prawdziwa rodzina?

Ale Andriej nie okazał chęci powrotu do Tani.

Za to zaczął nalegać, żeby wpisała go jako ojca dziecka.

Mówił, że zrozumiał, jakie to szczęście mieć rodzonego syna albo córkę, obiecywał dawać Tani wystarczająco dużo pieniędzy na życie i często przychodzić pomagać przy dziecku.

Dziewczynie to pragnienie Andrieja, by być ojcem, wydało się dziwne, ale pomyślała i nie znalazła dla niego żadnej korzyści, dlatego wkrótce się zgodziła.

Andriej rzeczywiście zaczął często przychodzić, przynosił warzywa, owoce i mleko.

Nie zostawał u Tani na długo, ale ciągle powtarzał, że bardzo czeka na pojawienie się dziecka.

Mały Tiomoczka urodził się bardzo podobny do taty.

Do Tani przyjechała mama, Wiera Iljiniczna, żeby pomóc córce w pierwszym okresie.

Kiedy Tania opowiedziała jej, że Andriej prosił, by wpisać syna na niego, że zgadza się płacić alimenty i chce widywać się z dzieckiem, mama zaczęła wątpić, czy trzeba to robić.

Wszystko wydawało się podejrzane, bo jeśli chce dziecka, to dlaczego nie proponuje ślubu?

Ale Andriej zdołał przekonać także mamę Tani o swoim pragnieniu bycia legalnym ojcem Artioma.

Nawet obiecał pomyśleć o ślubie, poprosił tylko, żeby go nie poganiać.

Po wypisie ze szpitala położniczego Tania i Andriej poszli do urzędu stanu cywilnego i zapisali Tiomę pod nazwiskiem Andrieja.

Wiera Iljiniczna pomieszkała u córki jeszcze dwa tygodnie, nie zdołała namówić jej, by pojechała z nią do osiedla, i wyjechała.

Jeszcze przez kilka miesięcy wszystko było dobrze.

Tiomoczka rósł spokojny, a Tani wystarczało mleka.

Andriej wpadał na krótko raz w tygodniu, pytał, czy syn jest zdrowy, dawał trochę pieniędzy i koniecznie brał od Tani pokwitowanie.

Tania nie mogła zrozumieć jego dziwnego zachowania.

Wszystko wyjaśniło się w straszny dzień, kiedy Tiomoczka skończył dziewięć miesięcy.

Wieczorem do Tani przyszła Inna.

Przyniosła ze sobą butelkę wina.

Zaproponowała, żeby uczcić to wydarzenie, ale Tania przypomniała, że w ogóle nie pije alkoholu, a poza tym karmi dziecko.

No i świetnie, pochwaliła przyjaciółkę Inna.
W takim razie daj kieliszek, sama będę świętować.

Tania wzruszyła ramionami, wyjęła ładny kieliszek i postawiła na stole owoce.

Inna wypiła, zaczęła coś opowiadać, szeroko wymachując rękami, rozlała wino na podłogę, zaczęła głośno chichotać i nie pozwalała Tani wytrzeć rozlanego napoju.

Potem ktoś zadzwonił do drzwi.

Kiedy Tania zapytała, kto tam, męski głos odpowiedział, że szuka Inny.

Tania ucieszyła się, że jej przyjaciółka zaraz wyjdzie, i otworzyła drzwi, ale mężczyzna szybko wszedł do kuchni i zaczął kłócić się z nietrzeźwą dziewczyną.

Zaczęli krzyczeć i tłuc naczynia.

Tiomoczka obudził się, rozpłakał, i w tym czasie do mieszkania weszli policjanci, a razem z nimi z jakiegoś powodu także Andriej.

Tania nic nie rozumiała.

Mówiono jej, że dziecko zabiera ojciec, ponieważ maluch nie może zostawać w mieszkaniu, w którym śmierdzi alkoholem, wszystko jest porozbijane i nie ma nic w lodówce.

Sąsiadka, ciocia Tonia, bardzo złośliwa osoba, z jakiegoś powodu przybiegła ze swojego piątego piętra i z piskiem dowodziła, że w tym mieszkaniu stale są awantury i pijaństwo.

Mówiła też, że pójdzie do sądu jako świadek, żeby Tanię pozbawiono praw rodzicielskich.

Tania chciała poprosić Innę, żeby potwierdziła, że ona nie piła, że u niej zawsze jest czysto i dziecko jest nakarmione, ale po przyjaciółce i jej towarzyszu nie było już ani śladu.

Kiedy Andriej wynosił Tiomę, Tania krzyczała, błagała, żeby zostawił jej syna, ze łzami udowadniała, że wszystko wygląda inaczej, ale nic nie pomogło.

Została sama.

Tania usiadła na kanapie, rozejrzała się po pustym pokoju i straciła przytomność.

Rano, jakoś zebrawszy siły, Tania poszła na policję.

Nikt nie chciał z nią rozmawiać.

Wszyscy twierdzili, że zostanie pozbawiona praw rodzicielskich, że dziecku będzie lepiej w zamożnej rodzinie legalnego ojca.

Nic nie osiągnąwszy, Tania ze łzami wyszła z budynku policji.

Zatrzymała się, opierając się o ścianę, rozejrzała się i nagle zobaczyła kobietę w mundurze, która szła prosto do niej.

Bardzo mi pani żal, proszę mi wierzyć, widzę, że jest pani dobrą matką.

Rzecz w tym, że ojciec pani dziecka jest żonaty z córką bardzo bogatego człowieka.

A ona nie może mieć dzieci, to skutki burzliwej młodości.

Więc oni wszystko to ukartowali.

Myślę, że wielu udało im się przekupić, nie tylko pani przyjaciółkę i sąsiadkę.

Ale jest jedna możliwość, powiedziała kobieta i zamilkła, a Tania zamarła.

Gdyby była pani żoną szanowanego człowieka, nasza sędzia mogłaby rozstrzygnąć sprawę na pani korzyść.

Ona nie jest złym człowiekiem, a poza tym pięć lat temu sama straciła córkę.

Proszę pomyśleć, czy ma pani kogoś takiego na myśli?

Nawet fikcyjne małżeństwo mogłoby panią uratować.

Tania spuściła głowę.

Nie miała takiego człowieka.

Podziękowała kobiecie i powlokła się do domu.

Wcale nie chciało jej się wchodzić do pustego mieszkania, więc Tania usiadła na ławce przy wejściu do klatki i rozpłakała się.

Przepraszam, czy spotkało panią jakieś nieszczęście?

Usłyszała przyjemny męski głos.

Czy mogę pani jakoś pomóc?
Proszę się ze mną ożenić, powiedziała Tania przez łzy z gorzkim uśmiechem.

Podniosła głowę i drgnęła.

Przed nią stał wysoki, szeroki w ramionach mężczyzna, około trzydziestu pięciu lat, z okropną blizną biegnącą przez całą twarz.

Jeśli to panią uratuje, zgadzam się, odpowiedział mężczyzna po prostu i uśmiechnął się.

Tania patrzyła na niego jak zaczarowana.

Najpierw się przestraszyła, ale potem zobaczyła, jak uśmiech dosłownie rozświetlił jego oszpeconą twarz.

Oczy mężczyzny, niebieskie i bardzo dobre, patrzyły prosto na Tanię.

Przyciągały ją i wlewały w nią jakąś nadzieję i siłę.

A czy pan jest szanowanym człowiekiem?

zapytała i znowu się przestraszyła, tym razem tego, że mogła obrazić nieznajomego.

Mam nadzieję, że tak, roześmiał się.
Przecież sam prezydent nie wręczał mi orderu bez powodu.
W takim razie proszę się ze mną ożenić, zaszlochała Tania.
Bardzo tego potrzebuję.

Godzinę później Tania opowiedziała już Maksimowi wszystko.

Siedzieli przy stole w jego przytulnej kuchni i pili gorącą herbatę z porzeczkami.

Maksim aż poczerwieniał z oburzenia.

Nie mógł pogodzić się z tym, że można tak podło pozbawić matkę jej dziecka.

Po wysłuchaniu Tani wziął ją za rękę i zdecydowanie poprowadził prosto do urzędu stanu cywilnego.

Jako wojskowy nie musiał czekać, i następnego dnia ich zarejestrowano jako małżeństwo.

Sąd uwzględnił wszystkie okoliczności i stanął po stronie Tani.

Poza tym podczas przesłuchania fałszywi świadkowie zaczęli się plątać, ponieważ zbiła ich z tropu obecność kilku oficerów w mundurach, którzy przyszli bronić żony swojego bojowego przyjaciela.

Już wieczorem Tiomoczka spokojnie zasnął obok swojej mamy.

Tania ostrożnie przykryła syna kocem i poszła do kuchni, gdzie czekał na nią Maksim.

Nie wiedziała, jak mają dalej postąpić, bo ich małżeństwo było fikcyjne.

Ale bardzo nie chciała rozstawać się z tak niezawodnym i silnym człowiekiem.

Zrozumiała, że zdążyła się w nim zakochać, i mimo strasznej blizny wydawał jej się już najpiękniejszy.

Tania podeszła do drzwi kuchni, wzięła oddech, żeby zebrać siły i porozmawiać z nim, ale on zdążył ją uprzedzić:

Taniusz, co byś odpowiedziała, gdybym zaproponował ci, żebyśmy podarowali Tiomie jeszcze paru braciszków?

Zawsze marzyłem, żeby moje dzieci miały tak wspaniałą mamę.

Długo jej szukałem, długo szukałem ciebie.

Zostań moją żoną, proszę cię.

Tania uśmiechnęła się, zamknęła oczy i wtuliła się w szeroką, bezpieczną pierś Maksima.

Nie widziała jego twarzy, tylko poczuła, jak jego silne ramiona miękko i czule ją objęły.

Te ramiona już nigdy i nikomu nie pozwolą jej skrzywdzić.