— Podaruj mi na święta pieniądze, — powiedział kiedyś Petro swojej żonie Walii.

— Podaruj mi na święta pieniądze, — powiedział kiedyś Petro swojej żonie Walii.

— A ty wtedy kup mi nowy telefon! — spokojnie odpowiedziała ona.

Petro zamilkł: już wiedział, że nie zamierza robić żadnych zakupów, tym bardziej tak drogich.

Nowy Rok przywitali we dwoje.

Wcześniej Walia zdążyła pojechać do swoich bliskich, złożyć im życzenia i wręczyć prezenty — mężowi postanowiła o tym nie mówić.

Dla niego przygotowała schludną kopertę z pieniędzmi, ale tylko na wypadek, gdyby naprawdę spełnił obietnicę i kupił jej telefon.

Jednak nic takiego się nie wydarzyło: Petro nawet nie próbował wymyślać wymówek.

Wtedy Walia wręczyła mu kopertę.

Otworzył ją — i wyraz radości na jego twarzy natychmiast zmienił się w zdziwienie.

Walia wyszła za mąż z miłości.

Petro był jej pierwszym mężczyzną i pierwszym mężem.

Dziewczyna wychowała się w surowej rodzinie, gdzie trzymano się starych poglądów: małżeństwo — jedno i na całe życie.

Nie sprzeciwiała się rodzicom i niemal od razu przedstawiła im Petra.

Za ich aprobatą zaczęła się też relacja.

Romantyzm w ich życiu był skromny: żadnych drogich prezentów, restauracji czy niespodzianek.

Raz w tygodniu — kino, czasem lody.

Ale Walii to odpowiadało.

Cieszyła się prostymi rzeczami, niczego nie wymagała — być może właśnie to ujęło Petra.

Po roku wzięli ślub — cichy, tylko dla rodziny.

Petro nie miał przyjaciół, dlatego Walia też nie zaprosiła swoich koleżanek, choć chciała się przed nimi choć trochę popisać.

Ale zgodziła się.

Zamieszkali w mieszkaniu babci Walii.

Ta przeprowadziła się do córki i zwolniła mieszkanie.

Wszystko układało się pozornie dobrze.

Oboje pracowali.

Walia zarabiała trochę więcej, zajmowała już dobrą posadę i dążyła do rozwoju.

Petro również pracował w dużym przedsiębiorstwie, dobrze zarabiał, ale nie chciał się rozwijać.

Wszystko mu odpowiadało, bo potrafił oszczędzać dosłownie na wszystkim.

Za rachunki płacił dokładnie połowę.

Produkty kazał kupować najtańsze, najlepiej w promocjach, i też dzielił koszty na pół.

Resztę pieniędzy, jego zdaniem, każdy powinien wydawać tylko na siebie.

Walia mogła pozwolić sobie na dobrą odzież i nie oszczędzała na jakości.

Mogliby kupować normalne produkty, ale Petro chodził z nią do sklepu i wybierał wyłącznie to, co uważał za opłacalne.

Walia nie sprzeciwiała się — potrafiła smacznie gotować z każdych produktów.

Jak mówiła jej babcia: „Co znajdziesz w lodówce — z tego upieczesz ciasto”.

W rodzinie nie było kłótni.

Walia znosiła wszystko, wychowanie nie pozwalało jej wszczynać awantur.

Gromadziła niezadowolenie w sobie, aż z drobnych kropli zaczynał powstawać poważny problem.

— Petro, zróbmy remont, — zaproponowała kiedyś.

— Zmienimy tapety, odnowimy podłogę, zamontujemy nowoczesne żyrandole.

— A babcia pozwoliła? — sucho zapytał on.

— Podarowała nam mieszkanie, przepisała dokumenty.

Moglibyśmy je nawet sprzedać i kupić większe.

Dzieci przecież potrzebują przestrzeni.

— Dzieci jeszcze nie ma i nic nie trzeba zmieniać.

I kredytu brać nie warto — to drogie.

— To chociaż remont.

Ja wszystko opłacę, ty tylko pomóż.

— Nie wydawaj pieniędzy na bzdury.

Lepiej oszczędzaj.

Nie zamierzam utrzymywać cię na macierzyńskim — tak jak teraz, tak i potem będę płacił tylko połowę.

Walia spojrzała na niego ze zdziwieniem.

Słowa niby proste, ale pozostał nieprzyjemny osad.

— I mama powiedziała, — kontynuował, — żebyśmy nic wcześniej nie kupowali: ani łóżeczka, ani rzeczy.

Ona wszystko znajdzie.

— Ale dziecka jeszcze nie ma…

— To na wszelki wypadek.

Bo jeszcze zaczniesz wykupywać wszystko jak leci.

Stopniowo takie rozmowy stawały się normą.

Pewnego razu Walia zauważyła:

— Po co kupiłeś takie tanie buty?

— Normalne buty, — machnął ręką.

— Rozpadną się za miesiąc.

I brzydko pachną.

— Za to są tanie.

A ty kupiłaś drogie.

Wydałaś pięć i pół razy więcej — to powinnaś je nosić pięć i pół razy dłużej.

— Choćby i dziesięć razy, — odpowiedziała Walia.

— Twoje i tak szybciej się rozpadną.

Tak też się stało.

Jego buty nie przetrwały nawet miesiąca — próbował kleić podeszwę, ale ostatecznie je wyrzucił.

Kupił prawie takie same — i znów ta sama historia.

A Walia nosiła swoje kozaki drugi sezon i przypomniała mu jego własne słowa.

Obraził się, ale na dobre buty pieniędzy i tak nie wydał.

— Petro, czas zmienić kurtkę, — powiedziała kiedyś.

— Ta jest już całkiem zużyta.

— Nie masz co robić z pieniędzmi? Lepiej mi je oddaj.

— Pozwól, że ci kupię — to będzie prezent.

— Nie trzeba.

I tak dużo wydajesz.

Zbliżało się drugie Boże Narodzenie ich wspólnego życia.

Trzeba było znowu kupować prezenty dla krewnych.

Poprzednim razem wszystko wyszło niezręcznie.

Wtedy świętowali u siebie w domu.

Walia przygotowała stół, mimo niezadowolenia męża.

Z prezentami umówili się tak: każdy kupuje dla swoich.

Walia dla swoich bliskich wybrała prezenty z sercem: siostrze — słodycze i pieniądze, rodzicom — droższą herbatę i piękny czajniczek, babci — ciepłą kamizelkę i rękawiczki.

Petro natomiast swoim kupił po szklanym kubku i bombce z wyprzedaży, a młodszym siostrom — po kinder niespodziance i breloczku.

Dziewczynki miały dwanaście i czternaście lat.

Walia wtedy ledwo się wybroniła.

Dobrze, że Petro wręczał prezenty pierwszy — powiedziała, że jeszcze nie przygotowała i wręczy później.

Potem cicho przekazała swoje prezenty bliskim przed wyjściem.

Mężowi natomiast podarowała nowy telefon — nie najdroższy, ale dobrej jakości.

A sama nic od niego nie dostała.

— Jesteś moją żoną, po co ci prezenty? — spokojnie stwierdził.

Przed kolejnym Nowym Rokiem Walia sama zrobiła remont: przykleiła tapety, z podłogą pomógł ojciec.

Petro nie brał udziału — powiedział, że nie umie, i poszedł do matki, żeby „nie przeszkadzać”.

Rodzice Walii podarowali jej nowe meble, ojciec je złożył i ustawił.

Petro jak zwykle trzymał się z boku.

Święta znów się zbliżały.

Walia nie wiedziała, co podarować, ale było jej wstyd przed krewnymi męża za poprzednie prezenty.

Jednak nie udało się tego omówić: Petro był niezadowolony z remontu i wydanych pieniędzy.

— Mogli przecież dać pieniądze, — powiedział o meblach.

— Po co nam pieniądze? Nie chcesz ani remontu, ani przeprowadzki.

Ja mam środki, ty też.

— Tobie nie potrzeba — a mnie potrzeba!

— To prezent dla mnie.

A ty udawaj, że go nie ma.

Prezenty na Boże Narodzenie znowu sam będziesz kupował?

— Nikogo nie zapraszałem.

I ty swoich nie zapraszaj.

— Ale to przecież święto!

— To po prostu podaruj mi pieniądze.

— A ty mi — nowy telefon.

Petro znów zamilkł.

Oczywiście nie zamierzał nic kupować.

Nowy Rok przywitali we dwoje.

Walia wcześniej złożyła życzenia swoim bliskim i wręczyła im prezenty.

Petrowi przygotowała kopertę z pieniędzmi — ale tylko jeśli spełni obietnicę.

Cud się nie wydarzył.

— Po co ci nowy telefon? Ten też jest normalny.

I pieniędzy ci nie dam — wydasz na bzdury.

Za to przygotowałem życzenia, — powiedział i zaczął czytać:

„Życzę ci być posłuszną swojemu mężowi,

Każdą kopiejkę oszczędzać,

Gotować smacznie i oszczędnie,

Bez potrzeby światła nie zapalać,

I wody nie lać na darmo…”

Walia jeszcze przed świętami znalazła szkic tych „życzeń”, uśmiechnęła się i postanowiła odpowiedzieć:

„Swoje grosze oszczędzam,

Oszczędzam dzień po dniu.

Tylko mam już dość całego tego zamieszania.

Długo myślałam, jak być —

I znalazłam rozwiązanie:

Będę teraz żyć sama.

Składam pozew o rozwód.

A ty idź sobie dalej —

W ciemności i bez wody,

Z portfelem, lecz bez jedzenia”.

Napisała to, włożyła do koperty — bez pieniędzy — i wręczyła mężowi.

Jego radość znów zmieniła się w konsternację.

— Rozwód? Przecież jestem dobrym mężem!

Ale dla Walii to była ostatnia kropla.

Już pierwszego stycznia Petro pakował rzeczy.

Obraził się, oddał klucze i odszedł.

Zamków nie trzeba było zmieniać — tak oszczędny człowiek raczej nie zrobiłby duplikatu.

Walia od razu złożyła pozew o rozwód, a potem pojechała do swoich bliskich.

W końcu święta to święta — i nie warto spędzać ich w smutku.