1996 r. Po powrocie z wojny zobaczył okaleczoną żonę i złamanego na duchu syna, tułających się po ulicy, i zrozumiał: państwo nie dało mu prawa wyboru…

Wiecie, jaki dźwięk jest najstraszniejszy na świecie?

Nie wybuch pocisku, nie seria z karabinu maszynowego, nie dziecięcy płacz w piwnicy.

Najstraszniejszy dźwięk to cisza w domu, w którym kiedyś rozbrzmiewał śmiech twojej córki.

To wtedy, gdy wracasz po dwóch latach koszmaru, a klucz nie pasuje do własnych drzwi.

To wtedy, gdy sąsiadka patrzy na ciebie jak na zjawę i szepcze: „A myśleliśmy, że zginąłeś…”

Wróciłem w lutym dziewięćdziesiątego szóstego roku.

Pociąg wlekł się żółwim tempem, jakby sam los dawał mi szansę się rozmyślić, zawrócić, zniknąć.

Ale siedziałem przy mętnym oknie, ściskając w kieszeni wojskowego płaszcza tanią lalkę dla córki, i patrzyłem, jak zaśnieżone pola ustępują miejsca nędznym podmiejskim stacyjkom.

Gdzieś tam, w przemarzniętym mieście, czekali na mnie.

Nie wiedzieli, że żyję.

Pewnie mnie opłakali.

Albo nie opłakali — trudno płakać, kiedy codziennie walczy się o przetrwanie.

— Pan wysiada?

Głos konduktorki wyrwał mnie z odrętwienia.

Skinąłem głową, zarzuciłem worek na ramię i zrobiłem krok w rozwartą ciemność peronu.

Lutowy wiatr pachniał mazutem i wolnością.

Wolnością, która z jakiegoś powodu zalatywała zgnilizną.

Przed wojną pracowałem jako mechanik samochodowy w małym mieście Niżniekamsku.

Naprawiałem „Żiguli”, a od czasu do czasu — zagraniczne auta miejscowych nuworyszy.

Moja żona Lena uczyła angielskiego w szkole, a córka Katia dopiero co skończyła trzy lata, kiedy mnie powołano.

Właściwie nawet nie powołano — sam podpisałem kontrakt.

Potrzebowaliśmy pieniędzy na nowe mieszkanie, na leczenie matki Leny, na przyszłość.

Jakie naiwne słowo — „przyszłość”.

Rozsypuje się w dłoniach jak zeszłoroczne liście.

Dwa lata w Czeczenii.

Dwa lata brudu, krwi i bezsenności.

Nauczyłem się spać z otwartymi oczami, słyszeć ciszę jak muzykę, wyczuwać niebezpieczeństwo na kilometr.

Wróciłem innym człowiekiem.

Albo w ogóle nie człowiekiem.

Powiedzmy tak: istota, która zeszła z pociągu, tylko z daleka przypominała tego chłopaka, który kiedyś wymieniał świece zapłonowe i marzył o własnym warsztacie.

Peron w Niżniekamsku przywitał mnie rzadkimi latarniami i tłumem oczekujących.

Na nikogo nie czekałem — nie uprzedziłem o przyjeździe.

Chciałem zrobić niespodziankę.

Chciałem zobaczyć oczy Leny, kiedy otworzy drzwi i zobaczy mnie — żywego, całego, w domu.

— Taksówki nie trzeba?

— Na Proletarską — powiedziałem.

Samochód był starą „Wołgą”, w środku śmierdziało benzyną i tanimi papierosami.

Kierowca, łysy facet ze złotym zębem, przez całą drogę opowiadał o nowych porządkach w mieście.

— Ty, chłopie, uważaj tam.

— Zerknął na mój mundur.

— U nas teraz są inni właściciele.

Kto płaci, ten zamawia muzykę.

Waszych afgańców już się nie boją, a Czeczenów — tym bardziej.

Milczałem.

Nie byłem afgańcem.

Byłem z innej maszynki do mielenia mięsa.

Zatrzymaliśmy się pod moim domem.

Dziewięciopiętrowy blok z szarej cegły, odłażący tynk, połamane ławki.

Podwórko jak podwórko, takich tysiące w całym kraju.

Zapłaciłem, wysiadłem, uniosłem głowę.

Nasze okna na trzecim piętrze — ciemne.

Dziwne.

Wieczór, a światła nie ma.

Może żarówka się przepaliła?
Albo Lena oszczędza?

Drzwi do klatki nie zamykały się — zamek wyrwano jeszcze przed moim poborem.

Wszedłem po schodach, przestępując przez niedopałki i puste butelki.

Znajomy zapach kociego moczu i wilgoci.

Wszystko jak dawniej, tylko gorzej.

Klucz nie pasował.

Pokręciłem nim w zamku, pchnąłem drzwi — głucho.

Zamek był nowy, toporny, wstawiony naprędce.

Serce mi zamarło, ale zrzuciłem to na kobiecą przezorność.

Lena zawsze mówiła, że trzeba zmienić zamek — różnie bywa.

Zadzwoniłem.

Cisza.

Zadzwoniłem jeszcze raz — długo, natarczywie.

Ani dźwięku.

— Kogo pan szuka?

Głos rozległ się za moimi plecami.

Odwróciłem się — sąsiadka z pięćdziesiątego czwartego, Maria Iwanowna.

Stara kobieta z wiecznie mokrymi oczami i drżącymi rękami.

Kiedyś piekła pierożki z kapustą i częstowała nimi Katię.

— Dzień dobry, Mario Iwanowno, to ja, Dmitrij Sokołow.

Zbladła.

Dosłownie straciła kolor twarzy na moich oczach, chwyciła się framugi.

— Boże… Dimka?
Żywy?

— Żywy.
— Próbowałem się uśmiechnąć, ale wyszedł mi krzywy grymas.

— A gdzie Lena?
Dlaczego zamek jest inny?

Sąsiadka rozejrzała się na boki, jakby bała się, że ktoś nas podsłuchuje, i wyszeptała:

— Wejdź do mnie, na Boga, nie stój tutaj.

Przestąpiłem próg jej mieszkania, przesiąkniętego korwalolem i starością.

Zamknęła drzwi na łańcuszek, zasunęła zasuwkę — pewny znak, że żyje w strachu.

— Nie było cię, Dimka.

Trzy miesiące temu przyszło pismo, że zaginąłeś bez wieści.

Lena rozpaczała, rwała sobie włosy z głowy.

A potem… potem przyszli oni.

— Kto — oni?

— Bandziory.

Miejscowi.

Ich szef to Lis, Arkadij Lisowski.

Powiedzieli, że jesteś im winien pieniądze.

Duże pieniądze.

Zażądali mieszkania.

Lena poszła na milicję — tam jej powiedzieli, że to stosunki cywilnoprawne, niech idzie do sądu.

A sąd… sąd jest teraz za pieniądze, Dimka.

Moje palce ścisnęły worek tak mocno, że zatrzeszczał materiał.

— Co z Leną?

Maria Iwanowna rozpłakała się bezgłośnie, wycierając łzy rogiem chustki.

— Przyszli nocą.

Ośmiu ludzi.

Słychać było przez ścianę — krzyczała, krzyczała, a potem… potem ucichła.

Wezwałam milicję, ale przyjechali dopiero po dwóch godzinach, kiedy tamci już poszli.

Lenę zabrali do szpitala.

A mieszkanie zaplombowali, a potem wprowadzili się tam obcy ludzie.

Mówią, że teraz właścicielem jest Lis.

— Katia?
— Głos mi się załamał.

— Gdzie jest moja córka?

— U matki Leny, w Sosnówce.

Babcia zabrała ją, kiedy Lenę kładli do szpitala.

Wstałem.

Nogi mnie nie słuchały — miałem wrażenie, że idę po dnie oceanu, przez gęstą warstwę obcej, wrogiej wody.

— Mario Iwanowno, dziękuję.

Pójdę już.

— Dimka, nie pakuj się do nich!
— Chwyciła mnie za rękaw.

— Oni wszystkich kupili!
Milicjantów i sędziów!
Oni zabijają ludzi!

Ostrożnie uwolniłem rękę.

— Ja już nie jestem człowiekiem, Mario Iwanowno.

Człowiek umarł w Groznym.

A to, co wróciło, umie tylko jedno — chronić tych, którzy zostali.

Elektryczka do Sosnówki jechała przez las.

Za oknem migały zamarznięte rzeki, zaśnieżone pola, rzadkie wioski z przekrzywionymi chatami.

Siedziałem w przedsionku wagonu, ogrzewałem ręce o kubek herbaty kupionej od konduktorki i myślałem.

Wszystko, czego uczono mnie w wojsku, wszystko, co widziałem na wojnie — nie było o wojnie z zewnętrznym wrogiem.

To było o umiejętności przetrwania, kiedy cały świat jest przeciwko tobie.

O zdolności wstawania po każdym ciosie.

O zimnej wściekłości, która wrze gdzieś głęboko w środku i czeka na swoją godzinę.

Nie znałem żadnego Lisa.

Nie byłem nikomu nic winien.

To był klasyczny napad — wybrać słabszą ofiarę, zastraszyć, odebrać mieszkanie.

Myśleli, że żołnierz zginął w górach, a wdowa z dzieckiem to łatwy łup.

Przeliczyli się.

Sosnówka przywitała mnie szczekaniem psów i zapachem dymu z kominów.

Osada była mała, może pięćdziesiąt domów, zagubionych pośród sosnowego boru.

Szedłem główną ulicą, chrupiąc śniegiem, i czułem na plecach cudze spojrzenia.

W takich miejscach obcych zauważa się od razu.

Dom teściowej, Marii Pietrowny, stał na uboczu, tuż przy lesie.

Stara chata z rzeźbionymi okiennicami, krzywym gankiem i ogromnym rosyjskim piecem w środku.

W oknach było ciemno, ale z komina szedł dym — czyli żyją, czyli palą.

Zapukałem do drzwi.

Cicho, umówionym stukaniem: trzy krótkie, dwa długie.

Tak kiedyś pukaliśmy z Leną, kiedy odprowadzałem ją po randkach.

Cisza.

Potem szelest, głos teściowej, przestraszony, drżący:

— Kto tam?
Odejdźcie!
Mam naładowaną strzelbę!

— Mamo, to ja, Dimka.

Otwórzcie.

Zasuwka brzęczała długo — staruszka nie mogła sobie poradzić z drżącymi rękami.

W końcu drzwi się otworzyły.

Maria Pietrowna stała w progu w starej watowanej kurtce, narzuconej na nocną koszulę, a w rękach trzymała dubeltówkę wycelowaną w moją pierś.

— Dimka?
— Jej głos opadł, zamienił się w szept.

— Żywy?

— Żywy, mamo.

— Ostrożnie odsunąłem lufy na bok.

— Wpuśćcie mnie, zimno.

Rozpłakała się.

Tak, jak płacze się, kiedy traci się nadzieję, a potem nagle odzyskuje ją z powrotem.

Zachłystując się łzami, zawodząc i żegnając się znakiem krzyża, wciągnęła mnie do domu.

— Lena?
— zapytałem, zdejmując płaszcz.

— Gdzie jest Lena?

Maria Pietrowna machnęła ręką w stronę sypialni.

— Tam.

Tylko ty… ty się nie przestrasz, synku.

Ona jest teraz inna.

Wszedłem do pokoju.

W mdłym świetle lampki nocnej zobaczyłem łóżko, a na nim — kobietę, którą ledwo rozpoznałem.

Moja Lena.

Jasnowłosa, roześmiana Lena, z dołeczkami w policzkach i wiecznie rozczochranymi włosami.

Teraz jej twarz była oszpecona.

Blizna — głęboka, poszarpana — ciągnęła się od skroni do brody, ściągając skórę, zniekształcając rysy.

Nos złamany, pod okiem — żółtozielona plama starego siniaka.

Schudła tak bardzo, że obojczyki wystawały jak kamienie z ziemi.

Ręce, spoczywające na kołdrze, były pokryte zadrapaniami i siniakami, a na nadgarstkach miała ciemne ślady po sznurach.

— Dima?
— Nie spała.

Leżała z otwartymi oczami i patrzyła w sufit, ale kiedy wszedłem, jej wzrok powoli przesunął się na mnie.

— Dima, to naprawdę ty?

Opadłem na kolana przy łóżku, wziąłem jej rękę — chudą, zimną, z obgryzionymi paznokciami.

— Jestem tutaj, Lena.

Wróciłem.

Krzyknęła.

Nie głośno, nie histerycznie — strasznie, rozpaczliwie, z chrypką i szlochem, które rozrywały ciszę nocy.

Objąłem ją, przycisnąłem do siebie, czując, jak drży jej ciało, jak kurczowo bije serce gdzieś pod żebrami.

— Mówili, że zginąłeś — szeptała mi w ramię.

— Przyszło pismo, że zaginąłeś bez wieści.

Nie wierzyłam, przez pół roku nie wierzyłam, a potem…

— Potem przyszli oni.

— Tak.

— Odsunęła się, spojrzała mi w oczy.

— Arkadij Lisowski.

Powiedział, że jesteś winien jego wspólnikowi dziesięć tysięcy dolarów.

Że jeśli nie podpiszę darowizny mieszkania, zabiją Katię.

Dima, próbowałam dzwonić na milicję, biegałam do prokuratora, ja…

— Cicho, cicho.

— Gładziłem ją po głowie jak dziecko.

— To już minęło.

Jestem tutaj.

Nikomu nic nie jestem winien, to był fałsz.

— Bili mnie.

— Jej głos stał się obojętny, mechaniczny, jakby czytała protokół.

— Sam Lis bił, rozkazywał swoim.

Potem zmusili mnie do podpisania papierów.

A mieszkanie… mieszkanie oddali jakimś swoim.

— Gdzie jest Katia?

— Śpi.

W sąsiednim pokoju.

Zajrzałem za róg.

Na polowym łóżku, przykryta starym kocem, spała moja córka.

Miała pięć lat, ale wyglądała na trzy — chuda, blada, z ogromnymi sinymi kręgami pod oczami.

Spała z lalką w rękach — tanią plastikową lalką, którą kupiłem jej przed wojskiem.

Od razu jej nie poznałem.

Przez dwa lata dzieci zmieniają się całkowicie.

Nie była już tym pulchnym maluchem, którego całowałem na pożegnanie.

Stała się małą, wyczerpaną staruszką z przerażonym spojrzeniem.

— Tato?
— Otworzyła oczy nagle, bez sennej ociężałości, jakby wcale nie spała.

— Tato, wróciłeś?

— Tak, córeczko, wróciłem.

— A mamę ktoś uderzył — powiedziała codziennym tonem, bez łez, bez skargi.

Po prostu stwierdziła fakt.

— Powiedział, że tata nie przyjdzie, bo tata umarł.

Objąłem ją, przycisnąłem do piersi.

Katia nie opierała się, ale też nie odwzajemniła uścisku.

Po prostu znieruchomiała, jak zwierzątko zaszyte w norze.

Tamtej nocy nie spałem.

Siedziałem w kuchni, piłem gorzką herbatę zaparzoną przez teściową i słuchałem jej opowieści.

Lisowski, zwany Lisem, pojawił się w Niżniekamsku jakieś trzy lata wcześniej.

Zaczynał od drobnego haraczu — budki, kioski, stacje benzynowe.

Potem podporządkował sobie rynek, potem — kilka przedsiębiorstw.

Nawiązał układy w milicji, w prokuraturze, w administracji miejskiej.

Jego banda liczyła około dwudziestu ludzi — byli sportowcy, kryminaliści, zwyrole z sąsiednich miast.

Zimą dziewięćdziesiątego piątego zaczęli przejmować mieszkania.

Schemat był prosty: znajdowali rodzinę, w której mąż był w wojsku albo w więzieniu, przedstawiali fałszywe weksle dłużne, zastraszali, bili, zmuszali do podpisywania darowizn.

— Lena chodziła na milicję — powtórzyła Maria Pietrowna.

— Tam siedzi major Riumin, on teraz o wszystkim decyduje.

Powiedział jej: „Idź stąd, kobieto, nie przeszkadzaj ludziom pracować”.

A kiedy próbowała napisać skargę, ją… ją zgwałcili w celi, żeby nie próbowała więcej.

Zamarłem.

Krew odpłynęła mi z twarzy, palce ścisnęły kubek tak mocno, że popękała emalia.

— Kto?

— Nie wiem, synku.

Lena nic nie mówi, tylko płacze.

Boję się, że to mógł być sam Riumin.

Wstałem.

Podszedłem do okna, spojrzałem na czarny las za wsią.

— Mamo, macie w domu coś, czym można się bronić?

Staruszka pomilczała, potem kiwnęła głową.

— W szopie, pod podłogą, leży strzelba.

Po moim mężu, niech spoczywa w pokoju.

Są też naboje.

— Dajcie mi.

— Co ty zamyślasz, Dimka?
— Jej głos zadrżał.

— Nie idź do nich, zabiją cię!

— Mnie już zabijali — powiedziałem cicho.

— Cztery razy.

Nie udało się.

Rano obszedłem dom, rozważając warianty.

Strzelba okazała się starą „tułką”, ale strzelała bez zarzutu.

W komórce znalazła się siekiera, nóż, motek sznura, kilka puszek konserw.

Spakowałem plecak, włożyłem do niego jedzenie, apteczkę, zapasowe naboje.

Lena obudziła się, gdy wiązałem sznurówki.

— Wychodzisz?
— zapytała spokojnie, bez nadziei.

— Na krótko.

— Idziesz do Lisa.

— Idę po prawdę, Lena.

Po naszą prawdę.

Po dom, który nam ukradli.

Po twoje blizny.

Po noce, których Katia nie przesypia.

— Oni cię zabiją.

— Nie.

— Podszedłem do niej, pocałowałem ją w czoło, ostrożnie, żeby nie dotknąć blizny.

— Nie można mnie zabić.

Ja już umarłem.

A zmarli, Leno, niczego się nie boją.

Wyszedłem na podwórze.

Mróz szczypał w twarz, śnieg skrzypiał pod nogami.

W oddali, za lasem, widać było kominy Niżniekamska — miasta, które stało się dla mnie obce.

Poszedłem pieszo — elektryczka odjechała godzinę temu, na następną trzeba by czekać do południa.

Szedłem szybko, równym krokiem, takim, jakim chodzi się na zwiadzie — nie zostawiając śladów, nie hałasując, stapiając się z otoczeniem.

W głowie dojrzewał już plan.

Nie wolno atakować frontalnie.

Lis ma ludzi, broń, pieniądze, ochronę.

Ja mam tylko wściekłość i doświadczenie, którego nie uczą w akademiach.

Doświadczenie wojny partyzanckiej.

Umiejętność znikania i pojawiania się, zadawania ciosu i rozpływania się w ciemności.

Najpierw trzeba znaleźć kogoś, kto zna Lisa od środka.

Kogoś z jego pachołków, drobną płotkę, którą da się zastraszyć.

W mieście został mi jeden przyjaciel — Jegor Strielcow, mój towarzysz służby, zwolniony po postrzale.

Mieszkał na obrzeżach, pracował jako stróż w magazynie.

Jeśli Jegor żyje i nie stoczył się do końca, pomoże mi.

Niżniekamsk przywitał mnie szarym niebem i kłującym wiatrem.

Poszedłem na dworzec, kupiłem gazetę, pobieżnie przejrzałem wiadomości.

Na trzeciej stronie — notatka: „Autorytet kryminalny Arkadij Lisowski otworzył charytatywne centrum pomocy weteranom”.

Uśmiechnąłem się szyderczo.

Cynizm tych ludzi nie znał granic.

Odbierali żołnierzom mieszkania, a potem myli ręce dobroczynnością.

Magazyn, w którym pracował Jegor, znajdował się w strefie przemysłowej, za torami kolejowymi.

Dotarłem tam wieczorem.

Stróżówka — wagonik na kołach, w środku mdła żarówka, zapach machorki i oleju napędowego.

Zapukałem.

— Kogo tam diabli przynieśli?
— rozległ się zachrypnięty głos.

— Swoi, Jegor.

Otwieraj.

Drzwi się otworzyły.

W progu stał Strielcow — chudy, z siwizną w krótko ostrzyżonych włosach, kulejący na lewą nogę.

Zobaczył mnie i zagwizdał:

— Wędzony, do cholery!
A myśmy cię już pochowali!

— Nie doczekają się.

Objęliśmy się.

Od Jegora czuć było przetrawionym alkoholem, ale oczy miał jasne — czyli nie ciąg, tylko tak, wieczorne.

— Wchodź, opowiadaj.

Czajnik na piecu, chleb jest, słonina też.

Opowiedziałem mu wszystko.

Krótko, bez zbędnych szczegółów.

O mieszkaniu, o Lisowskim, o bliznach na twarzy Leny, o tym, jak pięcioletnia córka śpi z otwartymi oczami, boi się ciemności.

Jegor słuchał w milczeniu, tylko zaciskał pięści.

— Lis, mówisz — wycedził przez zęby.

— Znam takiego.

Chodzą słuchy, że bandę zbierał ze sportowców.

Sam kiedyś trenował boks, potem poszedł w kryminał.

A teraz — biznesmen, dobroczyńca, przyjaciel mera.

— Potrzebuję informacji, Jegorze.

Gdzie bywa, kiedy, z kim.

Ilu ma ochroniarzy, gdzie trzyma broń.

Wszystko.

— Co ty zamierzasz?
Wojnę z całą mafią?

— Zamierzam odzyskać rodzinę.

A żeby to zrobić, Lis musi zniknąć.

Nieważne — do więzienia czy do ziemi.

Jegor pomilczał, podrapał się po zaroście, potem wstał, dokuległ do stołu i wyjął z szuflady wymięty zeszyt.

— Mam jednego człowieczka.

Drobny handlarz z rynku, płaci Lisowi za miejsce.

Dużo widzi, dużo wie.

Jak go odpowiednio przycisnąć, wszystko powie.

— Jak się nazywa?

— Wiktor, pseudonim Kret.

Boi się Lisa jak cholera, ale pieniędzy też mu ciągle mało.

Myślę, że da się go obrobić.

— Gdzie go znaleźć?

— Na rynku, jutro rano.

Pójdę z tobą, pokażę ci go.

Rynek huczał jak rozdrażniony ul.

Tanie namioty, pstrokate stragany, zapach mięsa, owoców i tanich perfum.

Z Jegorem poszliśmy do rzędów, gdzie handlowano częściami zamiennymi.

Kret — drobny, ruchliwy facet w zatłuszczonym puchowcu — przebierał gaźniki, udając zajętego.

— Witia — zawołał Jegor.

— Jest sprawa.

Kret podniósł głowę, zobaczył mnie — i zadrżał.

Widocznie moja twarz nie wróżyła nic dobrego.

— Jestem zajęty — mruknął, próbując się odwrócić.

— To nie podlega dyskusji — powiedziałem cicho, kładąc mu rękę na ramieniu.

Palce ścisnęły obojczyk — nie boleśnie, ale wyraźnie.

— Chodźmy.

Weszliśmy za kontenery, gdzie nikt nas nie widział.

Przycisnąłem Kreta plecami do zardzewiałego żelaza i spojrzałem mu w oczy.

— Znasz Lisa.

To nie było pytanie, tylko stwierdzenie faktu.

Kret zbladł, zamrugał.

— Ja nic nie wiem.

Jestem mały, płacę i mnie nie ruszają.

— Nie ruszają cię, bo płacisz.

A jeśli jutro nie będzie komu płacić?
Jeśli Lis zniknie?

— Ty… ty zwariowałeś!
— Kret próbował się wyrwać, ale trzymałem mocno.

— Jego ochrona przerobi cię na mielone!

— Mnie już przerobili — powiedziałem spokojnie.

— Nie wyszło.

Teraz twoja kolej: albo mówisz mi wszystko, co wiesz, albo idę do Lisa i mówię, że sprzedajesz informacje konkurencji.

Wybieraj.

Kret zmiękł.

Rozumiał, że wpadł w pułapkę.

Lis nie wybacza zdrady, ale odmówić mnie — to znaczy ryzykować już teraz.

— Co chcesz wiedzieć?
— wyszeptał.

— Wszystko.

Mówił przez pół godziny.

Gdzie mieszka Lis — rezydencja na obrzeżach, pod ochroną.

Gdzie bywa — sauna „Kristał”, restauracja „Stary Zamek”, klub nocny „Faraon”.

Ilu ma ludzi — około dwudziestu, ale dziesięciu z nich to stała ochrona, reszta — na podorędziu.

Broń — strzelby typu pump-action, pistolety, para automatów Kałasznikowa.

Ochrona polityczna — major Riumin z rejonowego komisariatu, sędzia Kolesnikowa, zastępca naczelnika miejskiego UWD.

Zapamiętywałem każde słowo.

Kret mówił szybko, połykając końcówki, co chwila oglądając się przez ramię.

Kiedy skończył, puściłem jego ramię.

— Jeśli komukolwiek opowiesz o naszej rozmowie — powiedziałem — twój pogrzeb będzie tak skromny, że nawet szczury nie przyjdą.

— Milczę, milczę — zamamrotał i zniknął za straganami, rozpłynął się w tłumie.

Jegor spojrzał na mnie.

— No i co, bracie?
Masz plan?

— Mam.

Ale nie ma w nim miejsca dla ciebie.

Ty już swoje życie wywalczyłeś, Jegorze.

Siedź tu, osłaniaj tyły.

A ja sam.

— A idź ty — obraził się.

— Razem wychodziliśmy z ognia.

Razem pójdziemy i do tego piekła.

— Nie.

— Pokręciłem głową.

— Masz żonę, dzieci.

A ja mam tylko dług wobec rodziny.

Jeśli nie wrócę… powiesz Lenie, że ją kochałem.

Jegor zaklął, zapalił papierosa, ale nie zaczął się sprzeczać.

Następne trzy dni spędziłem na rozpoznaniu.

Chodziłem po mieście, zapamiętywałem ulice, klatki, drogi odwrotu.

Obserwowałem saunę „Kristał” — którędy wchodzą, gdzie stoją ochroniarze, kiedy Lis przyjeżdża i wyjeżdża.

Znalazłem dom na cichej uliczce, gdzie mieszkał major Riumin.

Zapamiętałem numer jego samochodu, godzinę, o której wychodzi do pracy.

Wojna to nie tylko strzelanie.

Wojna to cierpliwość, zimna kalkulacja i umiejętność czekania.

W czwartek wieczorem zrozumiałem, że jestem gotów.

Lis miał być w saunie.

W soboty odpoczywał z dziewczynami i partnerami.

Ochrona — czterech ludzi, plus kierowca.

Broń mają przy sobie, ale są rozluźnieni, czują się bezpiecznie.

Przyszedłem pod saunę o pierwszej w nocy.

Miałem na sobie czarny sweter, czarne spodnie, czapkę nasuniętą na oczy.

W plecaku — strzelba w częściach, lina, taśma izolacyjna, latarka.

Za plecami — doświadczenie dwóch lat wojny, gdzie każdy dzień mógł być ostatni.

Nie zamierzałem szturmować sauny z okrzykiem „Allahu akbar”.

To nie film.

W prawdziwym życiu bohaterowie umierają pierwsi.

Potrzebowałem języka — człowieka, który wie, gdzie Lis trzyma dokumenty, pieniądze, kompromitujące materiały.

Takim człowiekiem okazał się kierowca Lisa — młody chłopak o pseudonimie Borsuk.

Wychodził z sauny co pół godziny — zapalić, zadzwonić, przewietrzyć się.

Czekałem na niego w cieniu garażu naprzeciwko.

O drugiej w nocy Borsuk wyszedł, zapalił papierosa, oparł się o ścianę.

Podszedłem od tyłu — bezszelestnie, jak cień.

— Nie ruszaj się — szepnąłem, przykładając lufę do jego pleców.

— Jeden ruch — i jesteś trupem.

Zastygł.

Papieros spadł w śnieg.

— Kim ty jesteś?
— wyszeptał.

— Tym, który zadaje pytania.

Idziemy.

Odeszliśmy w zaułek, za garaże.

Związałem mu ręce plastikowymi opaskami, które zabrałem ze sobą, zakleiłem usta taśmą, naciągnąłem worek na głowę.

Wszystko zajęło mniej niż minutę.

— Teraz zdejmę worek — powiedziałem, kiedy znaleźliśmy się w odludnym miejscu.

— Będziesz odpowiadał na pytania.

Jeśli zaczniesz wrzeszczeć — ogłuszę cię.

Jeśli skłamiesz — odetnę ci palec.

Zrozumiałeś?

Skinął głową.

Szarpnąłem worek z jego głowy.

Stał przede mną chłopak około dwudziestu pięciu lat, blady, z drżącymi ustami.

Patrzył na mnie oczami pełnymi grozy.

— Gdzie Lis trzyma pieniądze?

— W sejfie — wydyszał.

— W gabinecie.

— Gdzie jest gabinet?

— W saunie, na drugim piętrze.

— Kod do sejfu?

— Nie wiem, przysięgam, nie wiem!

Chwyciłem go za mały palec, ścisnąłem.

— Kłamiesz.

— Nie kłamię!
Nikt nie zna kodu oprócz Lisa i jego księgowego!

— Imię księgowego.

— Mark, Mark Isajewicz.

Mieszka w Sosnówce, w starym domu przy lesie.

Zapamiętałem imię.

Mark Isajewicz.

Sosnówka.

Przy lesie.

— Ilu ochroniarzy jest w saunie w nocy?

— Czterech.

Trzech na dole, jeden na drugim piętrze.

— Broń?

— Wszyscy mają pistolety.

Lis ma „Berettę”.

— Gdzie nocuje, kiedy nie jest w saunie?

— U siebie, w rezydencji.

Albo u kochanki, na Zariecznej.

Zadawałem pytania jeszcze przez jakieś dwadzieścia minut.

Borsuk trajkotał jak nakręcony, bojąc się, że spełnię groźbę.

Kiedy wycisnąłem z niego wszystko, co mogłem, związałem go mocniej, zatkałem mu usta kneblem i zostawiłem w piwnicy opuszczonego domu.

— Przekaż Lisowi pozdrowienia — powiedziałem, odchodząc.

— Powiedz, że po niego przyszli.

Następnego ranka byłem w Sosnówce.

Mark Isajewicz — niski, tęgi mężczyzna około pięćdziesiątki, z siwą bródką i uważnymi oczami — siedział na ganku swojego domu i pił herbatę ze szklanki w koszyczku.

Kiedy mnie zobaczył, nie przestraszył się.

Patrzył spokojnie, nawet z jakąś ciekawością.

— Pan zapewne jest tym samym Sokołowem — powiedział, kiedy podszedłem.

— Słyszałem, że pan wrócił.

— Słyszeliście?

— W osadzie wiadomości szybko się rozchodzą.

I plotki też.

Proszę siadać, napijemy się herbaty.

Jest rozmowa.

Usiadłem naprzeciwko, położyłem ręce na kolanach — blisko kieszeni, w której leżał nóż.

— Wie pan, po co przyszedłem, Marku Isajewiczu.

— Domyślam się.

Lis to gnida.

Pracuję dla niego, bo trzyma mnie za gardło.

Ma dokumenty na moje mieszkanie, kompromaty na syna.

Ale jeśli jest szansa pozbyć się tej zarazy… pomogę.

— Dlaczego mi pan wierzy?

— Bo przyszedł pan sam, bez broni, z otwartą twarzą.

Bo ma pan w oczach ten sam ból, co ja.

Bo jestem zmęczony strachem.

Opowiedział wszystko.

Kod do sejfu — data urodzin Lisa: 15.03.57.

Schematy, gdzie leżą pieniądze, dokumenty, „czarna księgowość” z nazwiskami milicjantów i urzędników.

Hasła do skrytek bankowych.

Mówił przez godzinę, a ja słuchałem, zapamiętywałem, czasem dopytywałem.

— Po co pan to robi?
— zapytałem na końcu.

— Bo — powiedział Mark Isajewicz — pewnego razu Lis zgwałcił moją córkę.

Miała czternaście lat.

A ja nic nie mogłem zrobić, bo trzymał mnie na haku.

Teraz — mogę.

Wyjął spod płaszcza klucz i podał mi go.

— To do skrytki w banku.

Tam są kopie wszystkich dokumentów, weksli, fotografii.

Jeśli pan przeżyje — proszę to przekazać do FSB.

Jeśli nie… cóż, znaczy, taki los.

Wziąłem klucz, podziękowałem i odszedłem.

Operację wyznaczyłem na sobotę.

Dzień, kiedy Lis się rozluźniał, kiedy ochrona była pijana, kiedy miasto cichło w oczekiwaniu na weekend.

O szóstej wieczorem byłem przy saunie.

Wszedłem tylnym wejściem — drzwiami, które Kret opisał jako „zapasowe wyjście dla personelu”.

Zamek był tani — otworzyłem go w minutę.

W środku pachniało chlorem, dymem i smażonym mięsem.

Gdzieś na dole grała muzyka, słychać było głosy.

Wszedłem na drugie piętro.

Korytarz, troje drzwi.

Gabinet Lisa — skrajny po prawej.

Ochroniarz — ogromny bydlak w skórzanej marynarce — siedział na krześle przy wejściu i dłubał sobie w zębach wykałaczką.

— Ej, ty dokąd?
— zaczął, podnosząc się.

Uderzyłem go w gardło — gwałtownie, bez zamachu.

Zacharczał, chwycił się za szyję.

Drugie uderzenie — w skroń.

Runął jak ścięty.

Drzwi do gabinetu nie były zamknięte.

Lis siedział za biurkiem, pił koniak i coś pisał w notesie.

Zobaczył mnie — i zbladł.

— Kim ty jesteś?
— zapytał, wyciągając rękę do szuflady biurka, gdzie leżała „Beretta”.

— Tym, kto odbiera długi — powiedziałem, podchodząc bliżej.

— Jesteś mi winien mieszkanie, zdrowie mojej żony i dzieciństwo córki.

Zapłacisz teraz.

Wyciągnął pistolet, ale byłem szybszy.

Uderzenie kolbą strzelby w rękę — „Beretta” odleciała w kąt.

Drugie uderzenie — w twarz.

Lis upadł, zaciskając dłoń na rozbitym nosie.

— Słuchaj, człowieku — zamamrotał — dogadajmy się.

Pieniądze, kobiety, samochody — wszystko, co chcesz.

Tylko nie zabijaj.

— Nie potrzebuję tego, co oferujesz — powiedziałem, wiążąc mu ręce.

— Potrzebuję sprawiedliwości.

I ty mi ją dasz.

Wyciągnąłem z sejfu dokumenty, pieniądze, „czarną księgowość”.

Wszystko spakowałem do plecaka.

Postawiłem Lisa na nogi, popchnąłem go do wyjścia.

— Dokąd idziemy?

— Na komisariat.

Napiszesz dobrowolne przyznanie się do winy.

— Milicja mnie wybroni — uśmiechnął się szyderczo.

— Nie.

Bo kopie dokumentów są już w Moskwie.

Twoi przyjaciele będą ratować własną skórę, a ciebie oddadzą pierwszego.

Wyszliśmy tylnym wyjściem.

Nikt nas nie zobaczył.

Posadziłem Lisa w jego własnym samochodzie, sam usiadłem za kierownicą.

— Jesteś psycholem — powiedział.

— Zabiją cię.

Ciebie i twoją rodzinę.

— Moją rodzinę już próbowałeś zabić.

Nie wyszło.

A mnie… mnie zabiją kiedyś, ale nie dziś.

Dziś dostaniesz to, na co zasłużyłeś.

Major Riumin był w domu.

Zadzwoniłem do drzwi, przykładając pistolet do pleców Lisa.

— Otwieraj, glino — powiedziałem.

— Swoi przyszli.

Riumin otworzył.

Zobaczył Lisa, zobaczył mnie — i próbował zamknąć drzwi.

Wyważyłem je kopniakiem, wepchnąłem Lisa do środka i sam wszedłem za nim.

— Co to za cyrk?
— wrzasnął Riumin.

— Kim ty jesteś?

— Tym, kto czyści wasze bagno.

Siadaj do stołu i pisz.

Przyznanie.

O tym, jak brałeś pieniądze od Lisa, jak osłaniałeś jego bandę, jak zgwałciłeś moją żonę w celi.

— Ty…

— Pisz — powiedziałem, mierząc do niego z lufy.

— Albo przestrzelę ci kolana i każę ci pisać krwią.

Pisa